Pan Czesław Koralewski zwycięzcą konkursu podróżniczego.

Udostępnij. Podziel się tym. :)

Pan Czesław Koralewski i rzeźba przedstawiająca rączkę dziecka, która wystaje z brzucha kobiety.

8 kwietnia 2020r. na naszej stronie w serwisie Facebook ogłosiliśmy konkurs związany z podróżami – tymi małymi i tymi dużymi. 😉

Z radością ogłaszamy zwycięzcę tego konkursu. Został nim Pan Czesław Koralewski, który przysłał nam napisany przez siebie tekst. Prezentujemy go poniżej i gratulujemy Zwycięzcy. Jednocześnie serdecznie dziękujemy wszystkim, którzy wzięli udział w konkursie. 🙂

Pan Czesław Koralewski (z przodu) z przewodniczką oglądają rzeźbę kobiety.

Antyk w Galerii Współczesnej

Z ramienia katowickiej fundacji „Transgresja”, zostaliśmy zaproszeni do zwiedzenia Galerii Sztuki XX wieku w Muzeum Śląskim. Ostatnim akcentem zwiedzania miały być tematyczne warsztaty. Głodni przygód, tym bardziej przygód nieznanych, bez namysłu zgłosiliśmy nasz udział. Po chwili entuzjastycznego zachwytu, przyszedł czas zimnej refleksji. Razem z żoną mamy akurat tyle wiadomości na temat sztuki współczesnej, co niektóre zwierzaki na temat firmamentu niebieskiego.
„I co teraz począć?” – pomyśleliśmy, zastanawiając się, jak się z tego wywinąć. Co prawda uczestniczyliśmy w kilku warsztatach w opolskiej Galerii Sztuki Współczesnej, zaprzyjaźniliśmy się nawet z panią kuratorką z tegoż przybytku, coś jak gdyby „wąchnęliśmy”, ale mieliśmy świadomość, że wszystko to wciąż zbyt mało. Nie znoszę być wrzucany na nieznane mi głębokie wody, tym bardziej tego nie lubię, ponieważ najczęściej z tej toni jestem wywoływany do tablicy. „Co robić?”- radzę się żony. Niestety, tym razem bezskutecznie, żadnego pomysłu na ratunek, żadnej pomocy znikąd! Uciekam się więc do wybiegu. Dzwonię do kooperantki fundacji. Głosem boleśnie zgnębionym, oznajmiam jej, iż z powodu fatalnego połączenia, w Katowicach możemy być już o godzinie dwunastej, a więc na trzy godziny przed otwarciem wystawy. Ponadto mamy kłopoty z asystą, no i w tym układzie jesteśmy zmuszeni, z ogromnym żalem, do rezygnacji z całej tej imprezy. Głos w słuchawce stwierdza: „tym się nie przejmuj, będę na was czekała. Pójdziemy na pyszne lody, a może po drodze jeszcze coś ciekawego uda się nam zobaczyć”. „Zaczekaj, mam pomysł, czy jeżeli poprosilibyśmy naszą Natalkę z galerii o asystę, zgodziłabyś się?” – pytam. „Oczywiście” – odpowiada Agnieszka z Fundacji Transgresja. W takim razie skontaktuję was, to szczegóły uzgodnicie. Natalka ucieszyła się. Umawiamy się z nią na pociąg. Rankiem, w dniu wyjazdu, telefon! Dzwoni Natalka, oznajmiając: „słuchajcie, mała zmiana planu, będę u was o umówionej godzinie, ale jedziemy samochodem”.
Jedziemy, na miejscu jesteśmy grubo przed dwunastą. Wychodzimy na zewnątrz. „Co robimy?” – pytają naraz obie moje towarzyszki. Kręcimy się przez chwilę po ścieżkach wokół muzeum i podchodzimy do balustrady. Z góry podziwiamy centrum Katowic. Pytam o niektóre szczegóły tak, abym uzmysłowił sobie kierunek położenia Muzeum. Natalia ze swoją relacją zbliża się do naszego stanowiska i mówi: „a na prawo w odległości jakichś 400-stu metrów mamy Spodek”. Wszyscy znamy tę halę widowiskowo-sportową. Pomiędzy nią a nami – te czerwono-szare gmaszysko, to siedziba Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia. „Tam jeszcze nigdy nie byłam” – mówi Natalka i dodaje, że mamy na tyle czasu, że możemy tam się przejść, mając nadzieję, że wpuszczą nas do środka.
Docieramy do celu, nałóg jednak zwycięża – palimy i dopiero potem wchodzimy do budynku NOSPRu. Ogromny hol, wysoki na dwie kondygnacje. Tak jak zapamiętałem wygląd tego miejsca od środka, przedstawia się on następująco: lewa strona pomieszczenia ograniczona jest ścianą do połowy zabudowaną ciekawą kompozycją. Kompozycję tę tworzą czterdziestocentymetrowej szerokości i na kilka metrów długie, mahoniowe dechy. Wmurowane są one w ścianę w odstępach własnej szerokości. Przerwy te również są o mahoniowym, choć nieco różniącym się odcieniu. Przeciwległą część ogranicza balustrada. Podchodzimy do niej – tu też kończy się podłoga holu. Spoglądamy pięć a może więcej metrów w dół. Na wysokości naszych głów instalacja przestrzenna. Są to kryształowe żyrandole w kształcie olbrzymich odwróconych i zwisających w dół koron drzew. W konarach jest cała masa żaróweczek. Całość natomiast wykonana jest z drutu. Na szczęście nie schodzimy w dół, a i na górę iść nie bardzo nam w smak – jest tam wprawdzie restauracja, ale my dopiero przed wypłatą.
Dołącza do nas Agnieszka z dwiema znajomymi. Witamy się i rozmawiamy o wnętrzu tego budynku. Zwracam uwagę na świetną akustykę pomieszczeń. Agnieszka oświadcza nam, iż ta sala koncertowa jest zaliczana pod tym względem prawdopodobnie do najlepszych w Europie. Próbujemy jeszcze dostać się windą na górę, ale niestety jest nieczynna. „Możemy wrócić inną trasą, teraz wejdziemy na ten wyższy pomost, a później zejdziemy już z powrotem” – mówi Agnieszka. Podchwyciła to Natalka „to fajnie, zobaczymy to wszystko raz jeszcze, ale z innej perspektywy”, jednocześnie podając mi rękę, by służyć mi asystą. Agnieszka nie byłaby sobą, gdyby nie podeszła do nas z ognikami radości w oczach i nie zwróciła się do Natalki: „ty idź z Asią, a ja pójdę z Czesiem”. Na mojej łysej głowie, pięć ostatnich włosów stanęło dęba, bo wiem jakie tempo Agnieszka czasem potrafi narzucić – już nie raz dane mi było „spacerować” w jej towarzystwie 😉
Wychodzimy na zewnątrz i ruszamy w kierunku schodów. Jedyne co pamiętam, to: góra – dół, góra – dół i tak bez końca! Po wielu schodach w górę w końcu nadchodzi chwila wytchnienia i jesteśmy na górze.
Natalka opowiada nam o Spodku, który rzeczywiście przypomina swym kształtem kosmiczny spodek z fantastyczno-naukowych filmów. Natalka opowiada nam także, że blisko nas znajduje się budynek w postaci czarnej bryły, przypominającej hałdę węgla, czyli Międzynarodowe Centrum Kongresowe w Katowicach. Zdziwiona interpretacją Natalii Agnieszka oznajmia: „Wiesz, widzę to na co dzień i nie przywiązywałam wagi do wyglądu tego budynku”. Ruszamy w dalszą drogę. Idziemy, idziemy i znowu mam wrażenie: góra – dół. „Czy muszą tu być takie wertepy” – pytam? Chodzimy po starych kopalnianych hałdach (takie odnoszę przynajmniej wrażenie), a ja za kilka dni kończę 76 lat, więc jestem chyba starszy od tych zwalisk, a one są mi tak uciążliwe. „Czesiu, już tylko dwa zejścia i troszeczkę i jesteśmy na miejscu” – odzywa się Agnieszka. Gdybym jej nie znał, to bym się ucieszył, ale pod tym względem z nią jak z góralem. Góralu ile jeszcze kilometrów na Głodówkę? Ej panoczku, półtora kilometra z hakiem – to nic, że ten hak może mieć i pięć kilometrów. Patrzę na zegarek, czas na miejsce docelowe. Wreszcie z kolanami w biodrach dopełzłem do celu. Jedyne o czym marzę to papieros!
Wchodzimy do Muzeum Śląskiego. Wita nas tamtejsza kuratorka, która będzie prowadziła z nami zajęcia. Muzeum mieści się w wyrobiskach starej nieczynnej kopalni. Pod ziemię zjedziemy windą, a następnie krótkimi chodnikami przejdziemy do przestrzeni wystawowej. Ruszam po lekko karbowanym podłożu chodnika, „aby do przodu” – myślę sobie. Falujemy i spadamy, falujemy i spadamy, od ściany do ściany… zakrętów nie liczę. Wchodzimy do przestrzeni wystawowej. Da się wyczuć duże i wysokie pomieszczenie, a w nim eksponaty. Na pierwszym planie rzeźba kobiety naturalnych rozmiarów „i to na chodzie” – mówię, ponieważ lewa noga, obuta w wysoką szpilkę, w charakterystycznym zgięciu przy wykonywaniu kroku. Przesuwam rękę w górę, kolano przykryte spódniczką, idę w górę, bioderko nawet, nawet – wyraziste wcięcie w tali. Lewa ręka zwisa wzdłuż ciała, prawa zgięta w łokciu, a dłoń ułożona na piersi. Serce nie daje żadnego impulsu, pierś wprawdzie twarda jak kamień, ale i zimna jak on. Szyja długa, głowa kształtna, włosy przycięte do pół karku. Czoło mądre, wysokie. Uszy małe, ładne. Nosek zgrabny. Usteczka wykrzywione w lekkim ironicznie-szelmowskim uśmieszku, jakby mogło być inaczej. Wracam na górną część twarzy, piękne łuki brwiowe, przelotnie przeleciałem po oczodołach – duże, ale przecież za to, że nie pozwoliła dotknąć kolanka, nie będę jej wpychał paluchów do oczu. Nie znajdując nic w tej rzeźbie szczególnie nowoczesnego, zrobiłem pół kroku w tył i zacząłem analizować. Nagle otrzymuję potężne uderzenie w bok. Odbiło mnie na dwa metry, koleżanka chcąc dostać się do figury, zastosowała abordaż. Masując swoje biodro, wracam do posągu. Nie żałuję brutalnego odepchnięcia, bo co by to bowiem było, gdyby kamienna dama odwinęła marmurową ręką i jak maczugą zdzieliła mnie w łeb? Zaległbym u jej stóp, a ona z góry patrzyłaby, ze swoim uśmieszkiem na leżącego erotumana, nie mylić proszę z erotomanem!
Pomocna dłoń podprowadza mnie do kolejnego eksponatu. Duża gładka bryła o lekko elipsowatym kształcie. Brajluję. Żadnego punktu odniesienia – aż tu nagle u dołu znajduję jakiś otwór, a z niego wystająca rączka. Z boku dobiega mnie cichy głos Natalki: „to macierzyństwo”. Wracam do rączki: dłoń i paluszki ułożone w geście jak gdyby chciało się czegoś uczepić i przy tej pomocy wydostać się na zewnątrz. Ogarnia mnie wściekłość i żałuję, że nie mam chociażby jakiejś trzcinki. Całą mocą, telepatycznie chcę nieznośnego bachora ostrzec: „gdzie i po co tak śpieszysz się, co tak źle ci tam! Siedź tam jak najdłużej, bo kiedy się już stamtąd wygramolisz to na przywitanie z tym światem, obojętnie czy będziesz darło dzioba, czy też milczało i tak w tę małą dupinę dostaniesz siarczystego klapsa. Życie minie jak mgnienie oka i następny klaps tym razem łopatą od grabarza i finito!”
Następny eksponat, ludzka głowa. Nic specjalnego poza małym szczególikiem. Artysta odkrył górną część głowy tak jak odkrywa się garnek zdejmując pokrywkę – widoczny jest mózg! Pierwsza myśl, „otwarta głowa” i na tym stwierdzeniu zaprzestałem dalszych dociekań. Kolejne eksponaty, z powodu tłoku i zmęczenia, obejrzałem bardzo pobieżnie. Stanąłem jak sierota, jeżeli chwiejącą się na zmęczonych nogach postać, można uznać za człowieka. Z dala docierają do mnie jakieś głosy, o czymś toczy się ożywiona dyskusja, w której ja już nie mam siły uczestniczyć. Gdzieś z dalekiego górniczego przodka dociera głos: „a teraz przejdziemy do pomieszczenia, w którym odbędą się warsztaty”. Natalka, w tym nie lada dla mnie przedsięwzięciu, służy mi asystą. Po drodze napomyka, że do tych wszystkich pomieszczeń przez specjalne świetliki dociera dzienne światło. Owe świetliki, to kilkumetrowej wysokości urządzenia w kształcie szklanych piramid, które chyba funkcjonują na zasadzie peryskopu, przekazując światło na niższe poziomy.
Wchodzimy do sali pozbawionej dziennego światła. Przy zgaszonym świetle siadamy przy długim stole. By wypocząć, pod stołem prostuję swoje szczudła. Natrafiam na czyjeś nogi z naprzeciwka. Pot mnie oblewa, mrucząc pod nosem słowa przeprosin, szybko cofam swoje nogi. Prowadząca pani, po krótkim wstępie rozdaje nam arkusze specjalnego papieru formatu A4 i po długopisie. Gaśnie światło, mamy wyrównane szanse z widzącymi! Teraz mamy słuchać poleceń. Musimy odnaleźć środek swojego arkusiku i tam postawić długopis. Rękę, w której dzierżymy długopis, rozluźnić, a pod wpływem usłyszanych dźwięków, ręka ma samodzielnie dokonywać aktu tworzenia, czyli mamy się całkowicie poddać jej prowadzeniu. Ćwiczenie skończone, pani zbiera nasze prace, wkłada je kolejno do jakiejś diabelnej machiny, po wyjściu z której nasze „wykresy” pęcznieją tak, że z łatwością dają się odczytać dotykiem. W drodze wymiany arkusików, zapoznajemy się z pracami współuczestników zajęć. Czuję na sobie ironiczno – pobłażliwe spojrzenia. „Co u licha się dzieje” – myślę sobie. Tak, prace innych zajmowały jednej trzeciej strony do trzech czwartych strony, mój natomiast zajmował znacznie więcej. Wykresem tym zobrazowałem cały swój charakter. Artyści sztuki współczesnej tworzą swe dzieła jak najmniejszym nakładem siły fizycznej i materialnej. Zmuszają jedynie odbiorców do własnej interpretacji i myślenia. To tak jak z książką – każda ma swojego czytelnika i każdy z nich wynosi dla siebie coś innego. Takie jest bardzo, ale to bardzo skromne moje w tym temacie zdanie. Ktoś kiedyś dopatrzył się we mnie ukrytego talentu. Może miał i rację, trudno byłoby analitykowi znaleźć u mnie krople robotniczej krwi. Zajęcia skończone, wyjeżdżamy na powierzchnię.
Co ciekawe, mieliśmy niesamowite szczęście. Pani zamykająca drzwi oznajmiła nam, że jesteśmy ostatnimi zwiedzającymi osobami, ponieważ od jutra, z powodu epidemii koronawirusa, muzeum zamykają do odwołania! Kompletnie nieświadomi powagi sprawy, z uśmiechem zadowolenia z udanego wypadu, wsiadamy do samochodu i udajemy się w drogę powrotną. W trakcie powrotu, umawiamy się na jutrzejsze warsztaty w opolskiej Galerii Sztuki Współczesnej. Mam jeszcze ochotę na kufel czeskiego piwa, ale ponieważ żona obiecuje pójść ze mną następnego dnia, odpuszczam. Następnego dnia rano, po porannej toalecie, tradycyjnie udajemy się na śniadanie. W trakcie spożywania, na stołówkę wchodzi pani dyrektor z komunikatem: „od dzisiaj, aż do odwołania nikomu, poza personelem, nie wolno opuścić budynku. Drzwi będą zamknięte!”. Niestety wobec tej sytuacji nie dane nam już było wybrać się do opolskiej galerii, ani też na moje wymarzone czeskie piwo. Z nadzieją jednak czekamy na dzień, kiedy będzie to ponownie możliwe.

Pan Czesław Koralewski (z tyłu) oglądający rękami rzeźbę kobiety.

Udostępnij. Podziel się tym. :)

Komentarze są zamknięte.